Aktualności

Na grzechy zawsze mamy alibi. Rozmowa z Janem Englertem

Trwają ostatnie przygotowania do premiery Trzech sióstr→, która odbędzie się 27 lutego na dużej scenie Teatru. Pierwotnie premiera miała się odbyć w listopadzie, jednak plany pokrzyżowała pandemia. Jan Englert mówi o pracy nad dramatem Czechowa.

„Ludzie myślący zawsze mają dylematy i permanentny problem z umiejscowieniem siebie w przestrzeni. Ale sądzę, że przychodzi taki moment, w którym na nowo trzeba zdefiniować zarówno tę przestrzeń, jak i siebie – podkreśla reżyser. – Na każdy grzech mamy alibi, łącznie z grzechem zaniechania. Jednak na brak wpływu na swoje życie w zasadzie nie ma usprawiedliwień”.

Nad Trzema siostrami przez cały czas pracował Pan w pandemii, przez kolejne miesiące nie było możliwe wyznaczenie granicznej, premierowej daty.

Na tym w tej chwili polega tragedia pracy. Aktorzy się spalają, tak jakby spalali się ostatecznie, czyli premierowo – w każdej chwili. Ale coraz trudniej jest utrzymać emocjonalną gotowość i zaangażowanie zespołu. Ten ogień bezustannie przygasa. I wzniecanie ogniska za każdym razem jest niezwykle bolesne i trudne.

Jakie refleksje się Panu nasuwają, kiedy dzisiaj czyta Pan Czechowa?

Dobrze skonstruowana literatura teatralna jest permanentnie współczesna. Inaczej nie gralibyśmy Moliera, Szekspira, Czechowa. Dotyczy człowieka. Wszystko, co dzieje się dookoła, zmienia się, ale człowiek pozostaje człowiekiem. Kiedy teraz czytam Czechowa, zwłaszcza Trzy siostry, to mam wrażenie, że ten dramat idealnie współgra ze współczesnością. Mnie zawsze interesował los polskiej inteligencji, której przyglądam się już od sześćdziesięciu lat. A Trzy siostry doskonale korespondują z tym, co obecnie dzieje się z inteligencją, która… chce  w y j e c h a ć. Nie dosłownie nawet; natomiast pragnie uciec od wszystkiego, od siebie, nie jest zdolna do podjęcia jakiejkolwiek decyzji. W Trzech siostrach każda z postaci jest w jakiś sposób przez los przetrącona, nie radzi sobie i daje tylko pozorne odpowiedzi. A w takiej sytuacji – pozornych odpowiedzi – jak możemy cokolwiek nowego zaczynać? Stagnacja – nie tylko działania, ale także myślenia. Efekt jest taki, że jesteśmy w zawiesinie. Taka zawiesina towarzyszyła również Czechowowi. Przełom XIX i XX wieku to był czas przewartościowań, w którym trzeba było postawić sobie szereg pytań dotyczących zmieniających się kryteriów – i etycznych, i estetycznych.

Czy w Trzech siostrach coś Pana szczególnie zaskoczyło?

Jest coś, co mnie zdumiało. „Harfa gra” – pisze autor w didaskaliach. Mowa o muzykantach, którzy przychodzą na podwórko. Potem Anfisa mówi, że są głodni, biedni, więc muszą grać. Wielokrotnie czytałem Czechowa, ale tej harfy nigdy nie zauważyłem. Oczywiście rzecz jest prosta, harfa była wtedy niezwykle popularnym instrumentem, żadnym filharmonicznym. Ale to nie jest ważne – dla nas harfa jest symbolem tego, co już dawno umarło, jest symbolem klasyki w pełnym tego słowa znaczeniu. Jeśli na podwórku gra harfistka, to jest coś! Tak jakby dzisiaj harfistka grała na schodach w londyńskim metrze.

Znowu rymy ze współczesnością…

Ale wspólne jest także to, że bohaterowie, w gruncie rzeczy, mówią głównie o sobie. Każdy z nich boryka się z problemami i bez przerwy o tych problemach informuje. Oczywiście używając do tego wielkich słów. Wierszynin, który snuje wspaniałe, optymistyczne plany dotyczące posłannictwa inteligencji w przyszłości, zawsze kończy tym samym… że żona, że człowiek nie powinien się żenić, że dzieci… Dychotomia uniesień zderzonych z rzeczywistością, która skrzeczy. Podobnie u Wyspiańskiego, jeśli odpowiednio poszukamy, to w Weselu odnajdziemy postaci Czechowowskie. Wydaje mi się, że ludzie myślący zawsze mają dylematy i permanentny problem z umiejscowieniem siebie w przestrzeni. Ale sądzę, że przychodzi taki moment, w którym na nowo trzeba zdefiniować zarówno tę przestrzeń, jak i siebie. No, ale chocholi taniec trwa, u Czechowa również.

Rozgrzesza Pan bohaterów z marazmu i niemożności działania, rozumie ich tęsknoty i ich rozpacz?

Nie rozgrzeszam, współczuję. A to jest co innego. Oni próbują uciec od beznadziei, od bezproduktywności, ale na tym się kończy. Na każdy grzech mamy alibi, oni też na swoje grzechy mają alibi, łącznie z grzechem zaniechania. Ale i życie im te grzechy podsuwa… Jednak na brak wpływu na swoje życie w zasadzie nie ma usprawiedliwień. Natomiast my się ciągle usprawiedliwiamy: mówimy, że nic nie możemy zrobić, więc nic nie robimy i wiedząc o tym, że nic robimy, że źle żyjemy, nadal źle żyjemy.

U Czechowa – ze sceny na scenę – to trwanie w miejscu ogromnieje.

My też jesteśmy w momencie intensywnego oczekiwania. Zależy mi na tym, żeby publiczność tego przedstawienia była współuczestnikiem zdarzeń, a nie „oglądaczem”. Nie chcę udawać, że rzecz dzieje się w jakimś mieście, w jakimś czasie, w jakiejś konkretnej przestrzeni historycznej. Ten spektakl nie ma daty. Albo inaczej – ma datę: to ten dzień, w którym przedstawienie jest grane. Chciałbym również, aby – w zależności od widzów – spektakl za każdym razem był inny. Oczywiście to jest w ogóle zasada teatru, ale tu jest szczególna szansa… Niezwykle silnie towarzyszy nam dzisiaj przeświadczenie, że coś się musi wydarzyć. Coś się musi stać, zmienić, niemożliwe, żeby dalej tak to trwało… No tak, Solony zabije Tuzenbacha…

Próby do TRZECH SIÓSTR: Michalina Łabacz (Irina), Dominika Kluźniak (Olga), Wiktoria Gorodeckaja (Masza). Fot. Krzysztof Bieliński Ale za kulisami…

A co to za różnica gdzie? Właśnie to Pani stwierdzenie jest typowe dla dzisiejszych czasów, że jak czegoś nie widzimy…

…to tego nie ma.

Musimy zobaczyć obrazek… przynajmniej wirtualnie. Przestaliśmy słuchać, aktorzy przestają ze sobą rozmawiać, publiczność przestaje rozmawiać z aktorami, dialog umiera. I to jest dla mnie najbardziej bolesne. Praktycznie się nie rozumiemy, albo nawet gorzej – nie mamy już takiej potrzeby, żeby się rozumieć. „Umieszczamy się” na profilu, informujemy cały świat o tym, co robimy, gdzie jemy, co kupujemy i jesteśmy szczęśliwi, bo to ma tysiąc polubień, czyli – mam tysiąc przyjaciół. Otóż to nie są przyjaciele, ale podglądacze, uczestnicy magla towarzyskiego. Nie chciałbym wkładać wszystkiego do worka pt. „Niechęć do internetu”, z której jestem znany, ale niestety świat tak wygląda. Bezwstyd zastąpił wstyd. Jeszcze niedawno myślący człowiek robił wszystko, żeby swoimi uczuciami, zaletami, czy słabościami nie chwalić się i nie epatować. A w tej chwili tych, którzy mają kłopot z patrzeniem sobie w oczy w lustrze, bo żyli niegodnie, można na palcach jednej ręki policzyć. Wszyscy bezczelnie patrzą sobie w oczy, bo nikt nie ma wątpliwości. Nie zgrzeszył, jest w porządku, żyje w zgodzie z normami współczesnymi, czyli… bez norm. Daleko odeszliśmy od Trzech sióstr, ale tylko pozornie.

I tylko pozornie jesteśmy połączeni za pomocą wszystkich internetowych komunikatorów.

Andrzej mówi piękny monolog – chętnie usiadłby w restauracji; tam nikt cię nie zna, a jednak wszyscy są bliżej. W domu Prozorowów odwrotnie – wszyscy są blisko siebie, dobrze się znają, ale okazuje się, że tak naprawdę są sobie o b c y. U Czechowa jest jeszcze coś – tęsknota do Moskwy i ogromna Rosja, gdzie odległości są przecież straszne.

Aleś pan trafił! Przecież od nas, choć trzy lata galopem pędzić, a do żadnego państwa się nie dojedzie” – z Rewizora.

Więc właśnie to nie jest kwestia odległości. Mnie w ogóle nie interesuje adres geograficzny. Pragnienie wyjazdu z prowincji do wielkiego świata odpada. Przecież Piaseczno, w którym mogą rozgrywać się Trzy siostry, jest niedaleko od Warszawy. W związku z tym to nie jest opowieść o tęsknocie za ucieczką w inny, lepszy, bogatszy, ciekawszy świat ogromnej metropolii. Opowiadam o ucieczce od siebie, od rzeczywistości, która nas zżera, ale także o składanych deklaracjach, że ten świat trzeba zmienić… bez dokonania żadnej próby tej zmiany.

Na zdjęciach: próby do Trzech sióstr Antona Czechowa
Od góry:
– Jan Englert – reżyser
– Karol Pocheć (Wasilij Solony), Michalina Łabacz (Irina), Jan Englert – reżyser, Beata Ścibakówna – asystentka reżysera, Grzegorz Małecki (Fiodor Kułygin), Milena Suszyńska (Natalia), Wiktoria Gorodeckaja (Masza), Jan Frycz (Aleksandr Wierszynin), Piotr Kramer (Nikołaj Tuzenbach). Fot. Małgorzata Szum / Teatr Narodowy
– Michalina Łabacz (Irina), Dominika Kluźniak (Olga), Wiktoria Gorodeckaja (Masza). Fot. Krzysztof Bieliński

Rozmawiała: Monika Mokrzycka-Pokora (materiał własny Teatru; w przypadku publikacji fragmentów prosimy o podanie źródła) 

 

Strona przedstawienia Trzy siostry→

premiera: 27 lutego 2021, godz. 19:00, sala Bogusławskiego

 

Korzystając z serwisu internetowego Teatru Narodowego akceptujesz zasady Polityki prywatności oraz wyrażasz zgodę na używanie plików cookie. Plik cookie możesz zablokować za pomocą opcji dostępnych w przeglądarce internetowej. Aby dowiedzieć się więcej na temat cookie, kliknij tutaj