Aktualności

Żywioł rozbitego szkła. Rozmowa z Piotrem Cieplakiem

Jakie książki czytał Pan w dzieciństwie?  

Pierwsza książka przeczytana w dzieciństwie i atakowana przeze mnie wielokrotnie… – pierwszą jej stronę i pierwsze zdanie pamiętam do dzisiaj: „Wiesz, Nel” – mówił Staś Tarkowski do swojej przyjaciółki, małej Angielki. Tak to się zaczynało. A więc – Sienkiewicz. Jako chłopię traktowałem literaturę bardzo ambitnie, książki dla dzieci wydawały mi się czymś nieadekwatnym. Sądzę, że zacząłem je czytać poważnie i głęboko, kiedy sam miałem dzieci. Wtedy dostrzegłem ich znaczenie. Ale zobaczyłem to jako dorosły – w oczach moich dzieci, słysząc ich przyspieszony oddech, wówczas gdy zdarzały się te wszystkie niesłychane historie, cuda, tajemnice. Kiedy więc czytam literaturę dla dzieci – Dzieci z Bullerbyn i nawet tak wykpiwany Plastusiowy pamiętnik – to widzę w niej powagę, intensywność i głębię.

Lubi Pan Andersena?

Andersen… Nie lubiłem go strasznie, bo był okropny, mroczny. Jednak tak naprawdę ma on bardzo wiele wymiarów i nie przez przypadek prawie od dwustu lat jest czytany. Jest w nim potencjał znaczeń i siła literackiej metafory. Przygotowujemy przedstawienie w nowym tłumaczeniu Bogusławy Sochańskiej, które jest znakomite i ten ‘duński po polsku’ rozbłyskuje zupełnie nowym blaskiem. Zarówno ja, jak i aktorzy wierzymy, że uda nam się odkryć sens i głębię tego utworu. To jest historia, którą można i warto opowiadać dzieciom, własnym dzieciom, ale sobie samemu również – do końca.

Czy mrok duńskiego pisarza będzie w spektaklu dominujący?

W Królowej Śniegu mroku jest dość dużo. Jest podszyta rozbitym szkłem, rozsianym po ludziach… I w przedstawieniu, które robię, nie mogę tego uniknąć. Jednak ten żywioł rozbitego szkła ma naprzeciw siebie świat, który niesie ze sobą Gerda – świat odwrotny, świat prostoty, czegoś nadzwyczajnie głębokiego i prostego zarazem. Wydaje się to być może strasznym frazesem, ale wierzę, że na scenie zabrzmi to wiarygodnie i prawdziwie. Bo Gerda niesie przecież ze sobą swoją miłość, oddanie i wiarę w to, że na końcu tej drogi, kiedy już dostanie się do pałacu Królowej, zastanie tam Kaja, i że go ocali – pocałunkiem.

Jak postępuje Gerda?

To nie jest sprawa poglądu, deklaracji, lecz uczynków, praktyki, dzielności. I nie ma nic wspólnego ani z moralizatorstwem, ani z patetyzmem czy patetycznością, ale z życiem. I słowo „uczynki” odmienia się w tym, co smutne, ale przecież i w tym, co wesołe, śmieszne, w głupiej zabawie i w dramatycznych scenach rodem z horroru. Droga Gerdy i historia tego spektaklu jest drogą przez różne światy i różne odcienie emocji, tonacji, estetyk, kolorów; od groteskowych po dramatyczne i przerażające. Starałem się balansować w tych tonacjach na tyle taktownie, by wszystkie one doszły do głosu i jednocześnie, by siebie i widzów – dużych, małych, średnich – poprowadzić tą drogą bezpiecznie.

W jaki sposób na scenie przedstawić tak pojemny metaforyczny świat?

Muszę powiedzieć o muzyce Jana Duszyńskiego, skomponowanej na bodaj dwadzieścia instrumentów filharmonicznych, która sprawia, że brzmienie i skala, rozpiętość przedstawienia dzięki niej powiększają się w sposób zaskakujący. Myślę, że w czysto teatralnym i muzycznym wymiarze takie przedsięwzięcie, nawet jak na Teatr Narodowy, jest operacją ogromną i nieporównywalną z większością współczesnych projektów scenicznych w Polsce. Ten spektakl od samego początku wymyślałem z Andrzejem Witkowskim, który wpadł na pomysł, żeby zrobić Andersena. I to on nazwał tę lekturę Szekspirem dla dzieci. Wydarzyło się to wiele miesięcy temu. Teraz, kiedy już jestem u progu, przed premierą, myślę, że mogę potwierdzić te słowa z całą powagą.  

Rozmawiała: Monika Mokrzycka-Pokora (materiał własny Teatru)

Korzystając z serwisu internetowego Teatru Narodowego wyrażasz zgodę na używanie plików cookie. Plik cookie możesz zablokować za pomocą opcji dostępnych w przeglądarce internetowej. Aby dowiedzieć się więcej, kliknij tutaj