Aktualności

Wycieczka w głąb mózgu. Rozmowa z Arturem Tyszkiewiczem

podczas próby BIAŁEGO MAŁŻEŃSTWA: Artur Tyszkiewicz – reżyser, Paulina Korthals (Paulina), Paulina Szostak (Bianka). Fot. Krzysztof Bieliński„Natura, popęd nie do okiełznania powodują, że ludzie zaczynają robić rzeczy straszne” – mówi Artur Tyszkiewicz, reżyser Białego małżeństwa Tadeusza Różewicza.

To jest pierwszy tekst Różewicza, który realizujesz na scenie?

Tak. Sporo o nim myślałem, jest w kręgu autorów, których bardzo lubię. Tak się złożyło, że i Gombrowicza robiłem, i Geneta, i Ionesco, i Mrożka… A teraz nadarzyła się okazja, by zająć się Różewiczem.

Dlaczego wybrałeś Białe małżeństwo?

Moim zdaniem to jest tekst dramatyczny, a jednocześnie wizja poety. To mnie urzekło. Teraz, w trakcie pracy, odkrywam i docieram do tej poezji jeszcze intensywniej, razem z aktorami. Tekst łudzi nas, że jest realistyczny; ma pozory twórczości Rittnera, czasami nawet Bałuckiego, a jednak pod sztafażem realizmu coś się skrywa, coś głęboko ukrytego w głowach bohaterów – ich lęki, obsesje. Różewicz gra tutaj z percepcją widza – nie wiadomo, czy to, co się rozgrywa w mózgach tych ludzi, dzieje się naprawdę, czy tylko im się wydaje, że się wydarza… niesłychanie intrygujące.

Idziesz konsekwentnie tym tropem?

Tak, Różewicz daje wyraźne sygnały, żeby ten realizm łamać. Czeka nas więc wycieczka w głąb ludzkiego mózgu. Scena jest na pozór realistyczna, a w didaskaliach czytamy, że ciotka zaczyna gdakać. Oczywiście nie chodzi tu o to, że ona musi zagdakać – to jest znak: dramat nie jest napisany jeden do jednego. To bardzo dobry tekst, który – jak każdy dobry tekst – można zrealizować na pięćdziesiąt sposobów.

O czym będzie Twoja historia?

Białe małżeństwo można potraktować jako głos w dyskusji o płciowości. Ale ja od tego odchodzę. Nie to jest dla mnie intrygujące. W mojej interpretacji ten dramat to opis człowieka, w którym tkwi zwierzę. Człowiek – „objęty” cywilizacją, kulturą, religią i wiarą, która konstytuuje go w ramach dziesięciu przykazań – ma zakodowany archetypiczny zapis tego, że jesteśmy poddani libido, tej najpotężniejszej seksualnej sile. Sile, która niszczy wszystko, ale zarazem też buduje. W przedstawieniu zastanawiamy się, co się dzieje, kiedy włącza się część mózgu odpowiedzialna za instynkty – wtedy stajemy się tożsami z naturą, stajemy się zwierzętami, a normy społeczne natychmiast pryskają.

Bohaterki, Bianka i Paulina są młode, dorastają. Jak wygląda ich dojrzewanie?

One odkrywają seksualność i nie do końca wiedzą, kim są. Bianka ma problemy nie tylko z seksualnością, ale także z koniecznością stania się kobietą. Poza tym jest tam ewidentny trop Różewicza, że w ramach domowych relacji dochodzi do molestowania seksualnego. Natura,  popęd nie do okiełznania powodują, że ci ludzie zaczynają robić rzeczy straszne. A przechodzenie dziewczyn z etapu dziecięctwa do etapu dorosłości nie pozostaje bez konsekwencji dla innych domowników.

podczas próby BIAŁEGO MAŁŻEŃSTWA: Paulina Korthals (Paulina), Paulina Szostak (Bianka), Artur Tyszkiewicz – reżyser, Anna Ułas (Kucharcia), Zbigniew Zamachowski (Ojciec), Edyta Olszówka (Matka). Fot. Krzysztof BielińskiReakcja łańcuchowa…

Tak, na przykład matka, która zdaje sobie sprawę, że oto przestaje mieć dzieci, a zaczyna mieć… kobiety. Ciotka uświadamia sobie, że czas mija. Różewicz pokazuje bohaterów w punkcie zwrotnym. Celowo też umiejscawia rzecz na przełomie wieku XIX i XX. Przedstawia konwenans oraz dworek, który jest enklawą. Wspólnie ze scenografką, Justyną Elminowską staraliśmy się zarysować sytuację miejsca zamkniętego, więzienia. Mieszkając w dworku, ma się mały kontakt z innymi ludźmi. Odcięcie powoduje, że te postaci bytują tu jak w psychologicznym laboratorium. Trochę jak w Solaris Lema, gdzie wszyscy są zamknięci na stacji kosmicznej. Nie ma możliwości ucieczki. 

Czy szczególnie przykuła Twoją uwagę jakaś scena, scena, od której zacząłeś myśleć o tym przedstawieniu?

Tak. Scena spowiedzi, zatytułowana „Konfesjonał” – moment, kiedy z postaci, jak u psychoterapeuty, wychodzi to, co się w ich wnętrzu dzieje. Różewicz zapisuje w didaskaliach, że w konfesjonale słychać jakieś szmery, ale nikogo nie ma. Zostawia bohaterów samych z problemami. Odwołuje się do instancji wyższej, ale tej instancji nie ma. To jest zresztą charakterystyczne dla autorów, których biorę na tak zwany warsztat. Człowiek, który pozostaje sam ze swoim człowieczeństwem lub jego brakiem i człowiek, który jest skazany na innego człowieka, bo Boga nie ma. Z drugiej jednak strony ci autorzy Boga poszukują, chcą tę pustkę wypełnić. W Białym małżeństwie Różewicza mocno to wybrzmiewa.

Przygotowujecie przedstawienie na scenie przy Wierzbowej. Czy kameralność przestrzeni sprzyja budowaniu napięć pomiędzy bohaterami?

Mam ogromną przyjemność obcowania z aktorem, który jest blisko mnie, blisko publiczności. To daje możliwość intymnej rozmowy. Ja zresztą lubię teatr, który operuje metaforą. Nie lubię dosłowności w teatrze, pozostawiam to filmowi, serialom. Uważam, że siła sceny może dzisiaj tkwić w tym, że nie pokazuje a sugeruje. Na przykład cielesność w tekście Różewicza – ona jest wewnątrz, seks pulsuje w głowach. Jeśli dobrze skonstruujemy tę historię, widzowie znajdą się w samym jej środku.

 Rozmawiała: Monika Mokrzycka-Pokora (materiał własny Teatru)

Strona przedstawienia Białe małżeństwo
Premiera: 2 października 2015, scena przy Wierzbowej im. Jerzego Grzegorzewskiego

Na zdjęciach: próby do Białego małżeństwa; u góry – Artur Tyszkiewicz, Paulina Korthals (Paulina), Paulina Szostak (Bianka); na dole – Paulina Korthals (Paulina), Paulina Szostak (Bianka), Artur Tyszkiewicz, Anna Ułas (Kucharcia), Zbigniew Zamachowski (Ojciec), Edyta Olszówka (Matka). Fot. Krzysztof Bieliński

Korzystając z serwisu internetowego Teatru Narodowego wyrażasz zgodę na używanie plików cookie. Plik cookie możesz zablokować za pomocą opcji dostępnych w przeglądarce internetowej. Aby dowiedzieć się więcej, kliknij tutaj