Aktualności

Muzodram, czyli wszystko może się zdarzyć. Rozmowa z Marcinem Przybylskim

Od kiedy słuchasz Waitsa?

Zaczęło się we wczesnych latach studenckich. Podczas próby do Przerżnąć sprawę Davida Mameta koleżanka powiedziała: „Zobacz, co tutaj mam, kolega przywiózł mi ze Stanów”. To był właśnie Waits. Pierwsze wrażenie? Poczułem przerażenie. Bo to była jedna z późniejszych jego płyt, czyli takie dźwięki, które usłyszane w środku nocy, naprawdę mogą wywołać poważny niepokój. I ja, człowiek grający klasykę na skrzypcach, słuchający Mozarta i Bacha, później na jakiś czas zupełnie zapomniałem, że ktoś taki jak Waits istnieje. Ale wróciłem do niego, okrężną drogą, poprzez teksty.

Co Cię w tych tekstach zafrapowało?

Szukałem czegoś analogicznego do Ballad morderców Nicka Cave’a. I u Waitsa znalazłem wspaniałe historie o ludziach z amerykańskiej prowincji, poetyckie opowieści o wyrzutkach, ocierające się o swoistą religijność. Waits dowartościowuje takie zabłąkane postaci, jak te z piosenki Rain Dogs. Bo, jak wiadomo, psy podczas deszczu tracą węch, gubią się na swojej drodze życiowej.

A co z Waitsowską muzyką?

Jest w niej w zasadzie wszystko, co można znaleźć w amerykańskiej muzyce XX wieku, łącznie ze swingiem. A jego ostatnie utwory, to – w niektórych przypadkach – wręcz psychodelia. Muzycznie Waits kojarzy mi się z odkrywaniem nowych horyzontów. Z odnajdywaniem rzadkich instrumentów albo uzyskiwaniem dźwięków z takich rzeczy jak piła, kaloryfer, kowadło, młot. Fascynuje mnie ten jego „brud”, nie tylko literacki, ale też właśnie brzmieniowy.

Od czego wychodzicie, pracując nad Fortepianem pijanym?

Są dwa zasadnicze punkty odniesienia. Postawiliśmy właśnie na brzmienie, więc rzecz będzie się działa w studiu radiowym. A tam, jak wiadomo, może zdarzyć się wszystko. Dźwięki nas otaczają i zaskakują, są tworzone ze wszystkiego, co jest pod ręką. Z kolei owo studio znajduje się w Whittier, miejscowości, w której Waits dorastał. Postacie będą o nim opowiadać, mówiąc przy okazji też o sobie. I tak znajdziemy się w kosmosie tego miasteczka. To będzie ‘muzodram’ – kiedyś ukułem takie określenie – czyli historie przedstawiane przez piosenki. Przede wszystkim nie chcemy stracić tej siły, którą niesie ze sobą muzyka Waitsa. Mamy do dyspozycji naszą aktorską wyobraźnię, która przenosi się na dźwięki. A poza tym rozporządzamy tymi środkami, które daje teatr, jako miejsce pełne wszystkiego, również urządzeń, które tworzą brzmienie, niekoniecznie identyczne z tym Waitsowskim, ale również intrygujące. 

Jak przygotowujecie się wokalnie?

Ambicją moją i Andrzeja Perkmana, kierownika muzycznego przedstawienia, jest m.in. wyciągnięcie z naszych wykonawców rzeczy najbardziej charakterystycznych dla ich głosów. Raz będzie to na przykład operowy tembr, innym razem ton zbliżony do tego, który można usłyszeć w dubbingu kreskówek. Im głosy będą bardziej zaskakujące, tym lepiej dla nas. Poprzez nie od razu można budować sceniczne postacie.

Tom Waits połączy pokolenia…

W obsadzie są bardzo młodzi ludzie, ale także aktorzy, którzy na scenie są już kilkadziesiąt lat. A my będziemy opowiadać właśnie o tym, jak jedna generacja czerpie z drugiej. I to nie tylko młodsza ze starszej. Zderzenie pokoleń – to ma być to, z czym widz powinien wyjść z teatru. Bardzo mi na tym zależy. Wybrałem piosenki z całego okresu twórczości Waitsa. To się mieści w idei dyskusji pokoleń. Starsi widzowie będą mogli poznać jego nowsze dokonania. A dla młodszej widowni te bardziej oldschoolowe numery też zabrzmią intrygująco. Muzyka będzie grana na żywo, będzie nam towarzyszył kwartet muzyków, grupa wszechstronna. Wystarczy powiedzieć, że kiedy jeden artysta gra na kontrabasie i w pewnym momencie przejmuje gitarę, stwarza tym samym zupełnie nowe brzmienie.

Jak przebiegają próby?

Próby mają to do siebie, że najczęściej człowiek w ich trakcie się „wywala”. I chodzi o to, by się potem podnieść (śmiech) oraz zastanowić, co z tego „wywalania się” wykorzystać, co może okazać się ciekawe. Na tej samej zasadzie powstaje improwizacja jazzowa. Kiedyś Tomasz Stańko powiedział, że improwizacja zaczyna się od błędu. A muzyka Waitsa w ogóle jest nieprzewidywalna. Koncerty mają to do siebie, że nie ma drugiego takiego samego. W teatrze dzieje się tak samo – nie ma dwóch identycznych przedstawień. Oczywiście w spektaklu element błędu musi być zminimalizowany. Ale są też takie sytuacje, kiedy trzeba „iść” w błąd, bawić się nim i oswoić go. I myślę, że my w naszej pracy otwieramy taką przestrzeń dla tego, co nieoczekiwane.

Rozmawiała: Monika Mokrzycka-Pokora (materiał własny Teatru)

 

 

Korzystając z serwisu internetowego Teatru Narodowego wyrażasz zgodę na używanie plików cookie. Plik cookie możesz zablokować za pomocą opcji dostępnych w przeglądarce internetowej. Aby dowiedzieć się więcej, kliknij tutaj