Aktualności

Tren emigracyjny. Rozmowa z Grzegorzem Chrapkiewiczem

Reżyser przygotowuje polską prapremierę dramatu Martyny Majok, autorki nagrodzonej w zeszłym roku Pulitzerem. IRONBOUND. Za torami, za mostem już 30 marca na scenie Studio.
„To istotny tekst o emigracji – mówi Grzegorz Chrapkiewicz – ale także o poszukiwaniu własnego miejsca w życiu. Opowiadam o bohaterce walczącej o siebie. Człowiek walczący o siebie dla mnie zawsze jest tytanem, trzeba go pokazywać, warto o nim rozmawiać”.

Jak to się stało, że zainteresował się Pan twórczością Martyny Majok?

Wszystko, od początku do końca, było wielkim przypadkiem. Każdy reżyser poszukuje inspiracji. W internecie, bodajże w „New York Times” – już nie pamiętam dokładnie – znalazłem artykuł o autorce polskiego pochodzenia, która robi furorę w Ameryce. Z Martyną Majok kontaktowałem się na Facebooku, przedstawiłem się i napisałem, że jestem zainteresowany przeczytaniem jej dramatów. Długo nie było żadnej odpowiedzi (jak się później okazało, autorka była w długiej podróży po Meksyku). Aż tu nagle, po miesiącu czy nieco dłuższym czasie dostaję maila, w którym Martyna Majok pisze, że z największą przyjemnością odpowiada i przesyła swoje dwie sztuki – Cost of Living (Koszt życia) oraz Ironbound. Powiem szczerze, że na początku bardziej przemówił do mnie dramat Koszty życia, ten nagrodzony później Pulitzerem. Ale obie sztuki złożyłem do Teatru Narodowego. Wybór padł na Ironbound z tematami bardzo ważkimi dla Polaków; to istotny tekst o emigracji, walce o przetrwanie, o poszukiwaniu własnego miejsca w życiu. W angielskim oryginale bardzo ważne jest to, że główna bohaterka, Daria, polska imigrantka w Stanach Zjednoczonych, źle mówi po angielsku. Z jednej strony język staje się więc blokadą, przeszkodą w spełnieniu się snu o Ameryce, z drugiej zaś – pomyłki i błędy językowe dodają sztuce lekkości komediowej, tworząc zabawne konteksty. Tłumaczenie polskie z natury rzeczy jest tego groteskowego blasku pozbawione.

Jak pracujecie nad językiem?

Dużo było z tym zachodu. Dramat przetłumaczył Szymon Wróblewski. Zastanawialiśmy się, jak uchwycić kwestie „źle” mówione. Nie chciałem zgodzić się na to, by bohaterka mówiła, kalecząc język polski. Myślę, że wówczas w niebezpieczny sposób moglibyśmy zbliżyć się do farsy. Pozostawiam w przedstawieniu pewne akcenty, drobiazgi, błędy językowe, zarówno w języku polskim, jak i angielskim (w sztuce pada kilka kwestii po angielsku). Podam przykład: Daria i jej mąż Maks grają w monety – w scenie pojawiają się same liczebniki. Ten fragment jest grany „złym” angielskim.

Czym jest tytułowy Ironbound?

To dawniej zaniedbana, przemysłowa dzielnica w stanie New Jersey. Miejsce takie trochę na końcu świata. Akcja dramatu rozgrywa się na przestrzeni wielu lat, ale w jednym miejscu – na przystanku autobusowym. Bohaterowie sztuki przychodzą, odchodzą, a Daria tam ciągle tkwi, czeka, czeka… Na co czeka? Na to, że coś się w jej życiu stanie, że czegoś dokona, że nastąpi jakaś zmiana. Bardzo ciekawe: kiedy rozmawiałem z autorką, powiedziała, że pisała o swojej matce, ale nie chciałaby, aby główna bohaterka była zanadto wylukrowana. Poszedłem za jej sugestią. Chcę wydobyć również te wyraźnie negatywne cechy Darii. Człowiek w skrajnych, ekstremalnych sytuacjach, walczący o przetrwanie, nie zawsze ukazuje najbardziej szlachetne cechy swojej osobowości.  

Próby do „IRONBOUND. Za torami, za mostem”: Ewa Konstancja Bułhak (Daria), Marcin Przybylski (Maks). Fot. Krzysztof Bieliński W roli Darii zobaczymy Ewę Konstancję Bułhak…

Po przeczytaniu Ironbound od razu wiedziałem, że chcę pracować z Ewą Bułhak. Ewa jest najbardziej znana z ról komediowych, jednocześnie czuję w niej niezwykły potencjał dramatyczny. A w pracy teatralnej – sam też jestem aktorem – najbardziej interesuje mnie grzebanie w człowieku, poznawanie, uczenie się siebie na nowo. Warto czasem odkryć w aktorze takie rzeczy, o które sam siebie nie podejrzewa. Podobnie było też z pozostałą obsadą. Wydawało mi się, że Karol Pocheć grający Tommy’ego ma w sobie jakąś tajemnicę wartą odkrycia, ma ciekawy potencjał nie do końca do tej pory wykorzystany. Może zabrzmieć to anegdotycznie, ale w Kordianie – spektaklu w reżyserii Jana Englerta, kiedy czekam za kulisami na swoje wejście na scenę*, słucham monologu w domu wariatów w wykonaniu Karola. Zagraliśmy już chyba ponad 60 spektakli, a ja za każdym razem, z niesłabnącą uwagą wsłuchuję się w ten niezbyt długi monolog. To był klucz do obsadzenia Karola.  Jest jeszcze Vic, młody chłopak kontestujący rzeczywistość. Zagra go mój student, obecnie absolwent Akademii Teatralnej w Warszawie – Henryk Simon. Będzie to jego debiut w Narodowym. Cieszę się, kiedy mogę pracować z moimi wychowankami już na zawodowej scenie. To jest wspaniałe ukoronowanie pracy pedagogicznej. W moim trochę już niemodnym teatrze – pozbawionym alinearności, afabularności, dekonstrukcji – najważniejszy jest aktor. Aktor, który wraz z reżyserem w mozolnym procesie – wspólnie walczą, zmagają się z materią tekstu, atakują, gnębią swoją wyobraźnię, dążąc do stworzenia postaci. Postaci-człowieka. Wiem, że to nie jest spektakularne, że teatr oparty na pracy z aktorem wydaje się niektórym zjawiskiem anachronicznym. Wierzę w antropocentryczną siłę teatru. Od człowieka zaczynamy, przez człowieka idziemy i na człowieku kończymy, gramy ludzi dla… ludzi. Można zrobić wszystko – na śmietniku zagrać Hamleta, jak się tylko wie, po co. Pod warunkiem, że grają ludzie, bo jak Hamleta zaczynają grać cyborgi, to zaczynam mieć wątpliwości.
* Grzegorz Chrapkiewicz grał w Kordianie Kardynała.


W jaki sposób Daria funkcjonuje w tej bezlitosnej emigracyjnej rzeczywistości?

Jeżeli człowiek walczy o byt, o życie, o przetrwanie, o swoje dziecko to różnie bywa z tym człowieczeństwem. A Daria to kobieta bardzo konkretna, która naprawdę twardo stąpa po ziemi. Wyrwała się z Polski, z biedy, z nędzy i chce spełnić ten amerykański sen. To jest dla niej najważniejsze. Pojawiają się pytania: Gdzie jest granica, której już nie można przekroczyć? Gdzie zaczyna się handel własnym życiem? Gdzie następuje moment, w którym człowiek się sprzedaje? Czy we wszystkim można bohaterkę usprawiedliwić? Cały czas staram się, żeby razem z aktorami dość głęboko wgryzać się w tekst. To jest dramat amerykański, ale z wewnątrz wyziera też słowiańska dusza. Chyba nie może być inaczej. Kiedyś Łukasz Drewniak nazwał jedno z moich przedstawień – tren wielkomiejski*. Teraz ja chętnie nazwałbym Ironbound trenem emigracyjnym.

* Mowa o Piaskownicy Michała Walczaka zrealizowanej w 2008 roku w Teatrze Polskim w Bielsku-Białej (Łukasz Drewniak, Tren wielkomiejski, „Dziennik”, dodatek „Kultura”, 01.02.2018)


Opowiada Pan o małej wielkiej odwadze?

O bohaterce walczącej o siebie. Człowiek walczący o siebie dla mnie zawsze jest tytanem, trzeba go pokazywać, warto o nim rozmawiać. Stygmatyzowani ludzie wyrzuceni na margines, którzy się nie poddają, walczą o siebie, pokazują, że można wyjść z biedy, choroby, bezdomności, czy emigracyjnego upodlenia – to są bohaterowie godni szacunku  To jest sztuka o trudnym życiu na  emigracji, ale także o tym, jak podjąć walkę. Upadać i podnosić się, być silnym, błądzić i odnajdować się, być słabym, uciekać i wracać. To bardzo ludzkie.


Daria nie ma biletu powrotnego?

Nie w tym problem. Wszak Daria teoretycznie może wrócić  do Polski. Tylko jest jeszcze coś takiego jak ambicja… Oglądałem film dokumentalny o polskich bezdomnych emigrantach w Berlinie. Pada tam pytanie: dlaczego pan nie wróci? No, już z Berlina to w zasadzie piechotą można. Ambicja nie pozwala.

Próby do „IRONBOUND. Za torami, za mostem”: Ewa Konstancja Bułhak (Daria), Karol Pocheć (Tommy). Fot. Krzysztof BielińskiTrzeba wtedy przyznać, że się nie udało.

I znowu zacznę w Polsce od zera? Więc ten bilet niby jest, Daria pracuje w fabryce, sprząta domy, można przyjąć, że zaoszczędziwszy…. Nie na tym to polega. Ten dramat opiera się na – może to są zbyt duże słowa – sytuacji bez wyjścia, jak w tragedii greckiej. Powrót jest ambicjonalnie niemożliwy. Bohaterka jest zbyt silną osobowością. Słabość ją denerwuje. Jest jeszcze jeden powód beznadziejnego wegetowania w Stanach: największa wartość w życiu Darii – syn. Złe dziecko, dziecko uzależnione od narkotyków, okrutne dziecko, ale własne – jej.

Mamy twarde realia, jakie inne tony pojawią się w spektaklu?

Dyrektor Englert zasugerował mi kiedyś, abym przyjrzał się bacznie didaskaliom w Ironbound. Stwierdził, że są na tyle interesujące literacko, że można z nich zbudować piątą postać, postać narratora. Rzeczywiście, dzięki inspiracji Jana Englerta, wprowadziłem do spektaklu postać nie tyle narratora, co komentatora. Dodałem mu harmonijkę ustną, bluesa i małe, dość abstrakcyjnie brzmiące strzępki didaskaliów. I tak narodziła  postać bluesmana. W dramacie cały czas ten blues się przewija. Ta muzyka to miłość, samotność, wolność, niesprawiedliwość, nierówność społeczna. Blues to marzenie pierwszego męża Darii, Maksa [w tej roli Marcin Przybylski], który chce grać, śpiewać pojechać do Chicago, wystąpić w klubie bluesowym. Kiedy z Kotką…* byliśmy w Stanach Zjednoczonych, trafiliśmy między innymi do Chicago – mekki bluesa. Marcin Przybylski strasznie się tym zachłysnął, wszystkich nas w to wciągnął, do nocy siedzieliśmy w klubach. I teraz wiem, na czym ta atmosfera amerykańskiego bluesa polega [śmiech]. Wracając do bluesmana, zagra go Paweł Paprocki, który oprócz tego że jest świetnym aktorem, jest też wspaniałym muzykiem. Będzie wykonywał utwory na specjalnej bluesowej harmonijce, komentując muzyką i słowami didaskaliów przedstawioną rzeczywistość.
* Kotkę na gorącym blaszanym dachu Williamsa Grzegorz Chrapkiewicz wyreżyserował w Teatrze Narodowym w 2013 roku; do tej pory jest na afiszu.

Powiedział Pan, że miejsce Darii to miejsce czekania, Beckettowskie. Jaki świat zobaczymy na scenie?

Nie byłbym sobą, gdybym nie ujął rzeczy w sposób, powiedziałbym, surrealistyczno-poetycki. Scenografia, zaprojektowana przez Annę Skupień i Katarzynę Szczurowską, nie jest do końca realistyczna. Jest rodzajem złomowiska, szrotu, choć śmietnikiem bym tego nie nazwał. To przystanek na końcu świata. Dalej jest już tylko pustka, przestrzeń nieodgadniona. Jak koniec drogi w budowie. Ktoś kiedyś budował, nie dokończył, zamknęli. Szlaban. Jesteśmy w zawieszeniu.

 

Na zdjęciach: próby do IRONBOUND. Za torami, za mostem Martyny Majok. Fot. Krzysztof Bieliński
Od góry:
- Grzegorz Chrapkiewicz – reżyser, Ewa Konstancja Bułhak (Daria)
- Ewa Konstancja Bułhak (Daria), Marcin Przybylski (Maks)
- Ewa Konstancja Bułhak (Daria), Karol Pocheć (Tommy)

Rozmawiała: Monika Mokrzycka-Pokora (materiał własny Teatru; w przypadku publikacji fragmentów prosimy o podanie źródła)

Strona przedstawienia IRONBOUND. Za torami, za mostem
Prapremiera polska: 30 marca 2019, godz. 19:00, scena Studio

Korzystając z serwisu internetowego Teatru Narodowego akceptujesz zasady Polityki prywatności oraz wyrażasz zgodę na używanie plików cookie. Plik cookie możesz zablokować za pomocą opcji dostępnych w przeglądarce internetowej. Aby dowiedzieć się więcej na temat cookie, kliknij tutaj